a jednak! oto mamy dowód mocny niczym mięśnie i upór przodownika pracy. Więcej, niczym 100 przodowników pracy! Sklep mięsny w Bielsku-Białej, a w nim same rarytasy. Miła i uśmiechnięta obsługa z pełną aprobatą wsłuchująca się w życzenia klientów - wszak klient nasz pan! Pan życzy baleronu? Szynkę też mamy, i kiełbasy wszelakie, a może jakieś mięsko pancerne (to w puszkach)? Już wielki kawał szlachetnego mięsiwa ląduje na wadze, cóż za radość dla tych z jednej i z drugiej strony lady! A wredniaki, kłamczuchy i podżegacze wojenni wyśmiewali siermiężność ustroju, miałkość, bylejakość i ciągłe braki towarów, chamowatą obsługę i wrednych natrętów ciągle czegoś chcących, a tu proszę - sielanka! A tak na poważnie, nie znam okresu wykonania zdjęcia, ani owego bajecznego sezamu. To prawda, był taki czas obfotości, chociaż to kartkowa rzeczywistość i wywalczone ochłapy bardziej zostały w pamięci, niż ta zdjęciowa bajka.

Komentarze

7 responses to “to nie fotomontaż

  1. Oczywiście: to najprostsza inscenizacja! Ale zdarzały się wyjątki, jak ten w ... Lanckoronie, gdzie byłem służbowo samochodem - bo konieczny był sprzęt do oględzin i zabezpieczenia dowodów; towarzyszyła mi Alicja. Ja robiłem swoje, ona odwiedzała to przepiękne Miasto, Rynek, Kościół i ruiny zamku na wzgórzu, wreszcie - gdy wciąż nie byłem gotowy, sklepy, a wśród nich ... mięsny! A tam na haku wisi OGROMNA polędwica sopocka, przedmiot beznadziejnych marzeń! Był to okres kartkowy, kartki wiadomo - rejonizowane, bywała Alicja cichutko pyta sprzedawczynię, czy ... może jednak jej sprzeda? A ta równie cicho: jeśli do zamknięcia sklepu nikt z miejscowych jej nie kupi - sprzedam pani! Ten niepokój Alicji w ciągu tych 2 (!) godzin oczekiwania! a gdy akurat skończyłem czynności, Ala z tryumfem pokazała mi swą zdobycz. W życiu nie jadłem tak dobrej polędwicy i nigdy już nie zjem, jak tę z Lanckorony, w stanie wojennym! Zapytałem potem kiedyś tę sprzedawczynię - dlaczego miejscowi jej nie kupili? "Tu naród biedny, po prostu ich nie stać!" Podobnie kupiliśmy później w Słupsku buty, a w Lesznie Grundiga... Dobre zdjęcia, "gajetanoR", pozdrawiam!

  2. Enuajsiczycośtam daj głos.Przecież było pięknie a Ty milczysz.

  3. Kiedy po transformacji i nastaniu Wolności, sklepy wypełniły się towarem, a nowopowstałe markety - każdy wie, narzucała mi się myśl: "Tu jest tyle towaru, ile za komuny w całej Polsce!" Myślę, że do tej inscenizacji, ściągnięto kiełbasy i wędliny z całego województwa!

  4. Szanowny KLK czy mógłbyś wyjaśnić co to za bojowe zadanie wykonywałeś w tak odległej Lanckoronie i co zabezpieczałeś?I czy będąc powtórnie znowu zabezpieczałeś czy byłeś tylko zapytać o polędwicę?Pytam bo skoro o tym piszesz to pewnie to coś znaczy a może to wręcz historia.Racz nie zostawiać nas w niepewności.Pozdrowienia dla Pana i dla Alicji(świadka jakby nie było tych peregrynacji)

  5. Przepraszam Cię Tadeuszu, że tak późno odpowiadam, gdyby nie spostrzegawczość Alicji, czekałbyś jeszcze długo! W moich częstych wyjazdach do miast i mniejszych miejscowości całego Województwa Bielskiego nie było niczego tajemniczego: po ukończeniu studiów podyplomowych na Wyższej Szkole Służby Pożarniczej w W-wie, zlecano mnie jako biegłemu sądowemu sporządzanie przelicznych opinii pożarniczych, które wymagały nie tylko przestudiowania akt sprawy, ale i każdorazowo przeprowadzenia oględzin miejsca pożaru lub wybuchu, videorejestracji, pomiarów i badań, zabezpieczania ewent. śladów kryminalistycznych, rozpytania świadków i osób odpowiedzialnych za obiekt, i to nieraz kilkukrotnie! Bez samochodu ani rusz: sprzęt to kamera z akumulatorami zapasowymi, oświetlacz halogenowy, ciężki statyw, eksplozymetr, pirometr, miernik elektryczny, taśma miernicza, klipboard, latarka elektryczna, odzież ochronna, ba, straszak, bo czynności wykonywałem nieraz w okolicznościach budzących trwogę! Pisząc o "stanie wojennym", miałem na myśli okres po jego wprowadzeniu, gdy obowiązywały kartki zaopatrzeniowe i rejonizacja, dosyć często jednak nie przestrzegana! Np. w 1988 roku (podczas Studiów Podyplomowych!) Syn Tomasz kupił w W-wie ściśle racjonowaną pralkę automatyczną Wiatka (na Żurawiej chyba!), zapytano go tylko, przy jakiej ulicy mieszka - na szczęście nie w jakim mieście! Kiedy podjechałem (Maluchem na bielskich numerach!) po tę Wiatkę, sprzedawcy zrobili wielkie oczy - ale nic nie powiedzieli i pomogli mi ją załadować do autka, kierowałem siedząc niemal na niej aż do B-B! Po raz któryś polubiłem wówczas W-wę i Warszawiaków: wspaniali ludzie! Pozdrawiam Cię serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *.
Jesteś niezalogowany lub niezarejestrowany. Twój komentarz będzie widoczny po zaakceptowaniu przez Administratora strony. Możesz się zalogować lub zarejestrować.